Szedł już wiele godzin, kuśtykając nieporadnie, krążąc po mieście i unikając tych, którzy nocami grasowali na ulicach. Znalazł się w nieznanej sobie części Dunwall. Jego mały szczur przytulił mu się do szyi, jedyna cząstka ciepła pośród chłodu miasta.
Nagle łagodny głos zaczął wzywać chłopca w głąb alejki. Wahanie ustąpiło miejsca ciekawości. Ściany były śliskie od deszczu, a szum wody odbijał się od kamieni jak oddech w zachrypniętym gardle. Na końcu ścieżki stała dziwaczna konstrukcja z drewna i drutu. W środku dźwięczał delikatnie kawałek rzeźbionej, wypolerowanej kości.
Chłopiec usłyszał odgłos przypominający szum fal. Zimny i ponadczasowy. Pojawił się cień; promieniująca, niepojęta dla wzroku ciemność. Młody człowiek wędrujący po mrocznych miejscach. Sam Odmieniec. Dziecko nie odwróciło wzroku, nawet gdy skóra na jego lewej dłoni zaswędziała i zwęgliła się. Wizja po chwili zniknęła, lecz Znak Odmieńca pozostał.
Tej nocy chłopak wspiął się na najwyższy z postrzępionych dachów Dunwall i spojrzał na miasto. Wieże i ściany tworzyły pod jego stopami powierzchnię falującą niczym ocean. Widział wszystkie tętniące w nim życia. I nie bał się.